Piotr Dębek
Nie lubię stosować emotikonów. Obrażają one zarówno moją
inteligencję, jak i moich rozmówców. A jednak coraz częściej
dodaję buźki i uśmieszki do e-maili i "ickowych" komunikatów.
Dodając na końcu zdania emotikon, przyznaję się do niezdolności
tak precyzyjnego sformułowania zdania, aby mój rozmówca pojął, o
co mi chodzi. Z drugiej strony wygląda to jeszcze gorzej. Taka
:) czy :( sugeruje, że odbiorca komunikatu jest zbyt
ograniczony, by bez tej semantycznej protezy zrozumieć, o co mi
chodzi. Stosując popularne buźki, przyznaję się do ociężałości
umysłowej, a jednocześnie sugeruję, że i mój rozmówca do
bystrych nie należy. Jeden mały zabawny znaczek i wszyscy są
obrażeni.
Niestety, inaczej się nie da. Nie dogadamy się już przez
Internet bez takich piktogramów. Zresztą nie zwalajmy winy na
Sieć. Ona tylko stanowi najbardziej widoczny objaw problemu, a
nie jego przyczynę.
Wariat co krok
Jednym z powodów śmierci subtelnej ironii i cienkiego żartu w
Sieci jest wszechobecność wszelkiej maści szaleńców,
niedouczonych guru i zakompleksionych chłystków, gotowych
śmiertelnie poważnie i z wielkim zapałem udowadniać, że Ziemia
jest płaska. W tej sytuacji żartobliwy cytat, iż Kopernik była
kobietą, ma szansę wywołać natychmiastową reakcję co najmniej
kilku internautów, którzy wytoczą wielkie armaty, by udowodnić,
że to kłamstwo.
Nastoletni "eksperci", trolle (prowokatorzy lubujący się w
wywoływaniu absurdalnych dyskusji) czy różnej maści oszołomy,
którym Internet stworzył możliwość wykrzyczenia, że wszystko
jest winą listonoszy, to tylko wierzchołek góry lodowej.
Najbardziej widoczny, ale też najłatwiejszy do ominięcia.
Nieznośna lekkość dygresji
Grupy i fora dyskusyjne, IRC, czaty, a coraz częściej także
e-maile i komunikatory internetowe to potop luźno powiązanych
uwag. Uwag do czego? Do wszystkiego, niestety. Wchodzenie w
środek dyskusji z krótkim, luźno powiązanym z tematem wątku
komentarzem to norma. Jest całkiem normalne, że w tej sytuacji
trudno jest zgadnąć "co autor miał na myśli". Nawet jeśli znamy
osobiście rozmówcę, to i tak niełatwo z kilku wyrazów
odszyfrować jego chwilowy nastrój.
Uwaga, żart!
Spłycenie dialogu i pozbawienie go wszelkiego kontekstu to nie
tylko plaga Internetu. Sieć jedynie czyni to zjawisko bardziej
widocznym. Świat przyśpiesza, a my gonimy za nim z wywieszonym
językiem. Dotyczy to także kontaktów interpersonalnych i wymiany
myśli. Czas na refleksję trzeba będzie niedługo mierzyć w
milisekundach, jak dostęp do pamięci RAM.
Dzisiaj po prostu nie ma czasu na subtelności. Komunikowanie się
z prędkością światłowodu nie zostawia chwili na zastanowienie
się nad intencją rozmówcy, jego stylem dyskutowania, kontekstem
wypowiedzi. Ktoś żartuje, kpi, ironizuje? To powinien ostrzec!
Walimy prosto z mostu, bez ogródek i tego samego oczekujemy od
drugiej strony. Emotikony stają się znakami interpunkcyjnymi,
wskazującymi nie tyle kadencję zdania, co kadencję myśli.
Kto to jest Koziołek Matołek?
Świat niby staje się mniejszy, zamieniając się w globalną
wioskę, ale wcale nie robi się przyjaźniejszy, bardziej
zrozumiały. Uniformizacja, globalizacja, macdonaldyzacja? Jasne,
ale w skali makro, a nie na poziomie jednostek. Porozumienie
staje się, wbrew pozorom, coraz trudniejsze. Przyczyną jest
rosnąca różnica doświadczeń. Pół biedy, gdy wynika to z różnicy
wieku. Gorzej, gdy dyskutanci różnią się doświadczeniami
kulturowymi (czy jak kto woli - stosowanymi kodami kulturowymi).
Moje pokolenie skazane było w dzieciństwie na dobranockę o 19.00
i "Teleranek" w niedzielę. Kultowa była
Pszczółka Maja, a rarytasem serial o jaskiniowcach. Generacja
młodsza o dwie dekady skakała po kanałach satelitarnych,
wybierając między Fox Channel, Cartoon Network, Tubisiami na
Canal+ czy serialami anime na Polsacie. Bolek i Lolek są dla
nich równie obcy co "Ballady i romanse". Ba, ich lektury są tak
różne, że może im być trudno znaleźć wspólny język nawet we
własnym gronie. Jakiekolwiek wspólne doświadczenie kulturowe
dzisiejszych kilkulatków, dla których oknem na świat stanie się
przeglądarka stron WWW, nawet trudno mi sobie wyobrazić.
Niech żyją piktogramy!
Potrzebujemy emotikonów, choć możemy ich nie lubić. Bez nich
coraz trudniej się porozumieć. Należałoby wprowadzić je do
nauczania szkolnego jako uzupełnienie alfabetu. Na dobrą sprawę
przydałaby się także taka sygnalizacja przy rozmowach na żywo.
Może w postaci wszytych w dresowe bluzy gustownych wyświetlaczy?